Strona głównaAktualności Tylko wanny żal…

Tylko wanny żal…

Opublikowano

Współpracujemy z

Ale zimowa depresja zaczęła się od sprawy wydawałoby się błahej, a w każdym razie nie związanej ani z szalonymi opadami śniegu na Podhalu, ani z poczuciem desperacji, wywołanej faktem, że starsze ode mnie dziecko, we własnym mniemaniu rządzące światem, znów się zesikało w śpioszki i każe nam wszystkim chwalić jego cudowne zwieracze. Bynajmniej. Po prostu usłyszałem w radiu piosenkę Krystyny Prońko Jesteś lekiem na całe zło.

Kwestia leków od dawna jest mi bliska, a myślę o nich szczególnie ciepło od momentu, kiedy na moich receptach znalazła się uwaga wywodząca się z peselu (nie mylić z PSL-em), że leki mi się należą bezpłatnie. To znaczy należy się tylko część, ale to i tak miło. I autobusami mogę jeździć po mieście za darmo, tylko nigdy nie wiem, w którym mieście i czy to obowiązuje mnie również w Zakopanem. Zapytałem o to nawet sztuczną inteligencję, ale moja inteligencja okazała się zbyt naturalna, żeby zrozumieć takie oto wyjaśnienie:

Tak, w Zakopanem darmowe przejazdy komunikacją miejską przysługują mieszkańcom po ukończeniu 65. roku życia (na podstawie dowodu osobistego lub zaświadczenia o zameldowaniu) oraz mieszkańcom, którzy ukończyli 70 lat (na podstawie dowodu osobistego). Osoby te muszą być mieszkańcami Zakopanego, a turystom nie przysługuje ta ulga.

Nie zdołałem rozumowo ogarnąć dlaczego mieszkańcy po ukończeniu 65. roku życia i mieszkańcy, którzy ukończyli 70 lat to dwie osobne kategorie. Jeśli moje umiejętności logiczne jeszcze są coś warte, to desygnat pojęciowy zbioru „osoby które ukończyły 65. rok życia” mieści się w desygnacie „osób, które ukończyły 70. rok życia”, więc może wystarczyłoby napisać – po ukończeniu 65. roku życia i już. Ale może to jest jak w bridżu – lepsze są dwa trzymania, niż jedno. Jeśli ukończyłeś 70. rok życia, to najprawdopodobniej ukończyłeś też 65. rok życia, więc ci się te darmochy należą niejako w dwójnasób, co poprawi twój psychiczny dobrostan.

Jeśli, oczywiście, jesteś mieszkańcem.

A nie turystą.

I znów powód do frustracji: po pierwsze – dlaczego w Krakowie, Warszawie, Poznaniu czy Budapeszcie wystarczy być seniorem – obywatelem Unii Europejskiej i już ci przysługują takie prawa, jak tamtejszym mieszkańcom, przynajmniej w zakresie komunikacyjnym, a w Zakopanem nie? A może też przysługują, tylko sztuczna inteligencja o tym nie wie?

Ale nie, SI wyraźnie stosuje dla Zakopanego apartheid: albo jesteś mieszkańcem i ci przysługuje, albo jesteś turystą i ci nie przysługuje. OK, ale jeśli nie jestem ani mieszkańcem – bo nie mam szczęścia i pieniędzy, żeby mieszkać w Zakopanem – ani nie jestem turystą, bo kiedyś już tu wszystko zwiedziłem i przyjeżdżam tu tylko, przepraszam za wyrażenie, za potrzebą, albo – też przepraszam – dla przyjemności? Albo nawet do pracy?

Mógłbym skorzystać z darmowego przejazdu, jeśli bym miał Zakopiańską Kartę Mieszkańca, ale nie mam i zazdroszczę tym, którzy mają. A wyobraźmy sobie w jakiej szczęśliwej sytuacji są zakopiańskie osoby, które: a. ukończyły 65. rok życia, b. ukończyły 70. rok życia, c. mają Zakopiańską Kartę Mieszkańca, d. mają potwierdzenie zameldowania w Zakopanem? To może nie tylko nie płacą za bilet, ale przysługuje im kuszetka? Albo noszenie na rękach? Albo za przejazd im burmistrz dopłaca?

W dodatku, w Zakopanem jeżdżą też, i to w dużej liczbie, prywatne mikrobusy. W nich zdaje się nic nie obowiązuje.

A Krystyna Prońko wyśpiewuje o kimś, przypuszczam, że o jakimś panu w średnim wieku (może nawet takim, któremu jeszcze nie przysługuje darmocha), który na koncertach krzyczy więcej czadu! To oczywiście jest metafora, ale w gruncie rzeczy trochę bez sensu, bo czad jest najczęściej pokazywanym w telewizji mordercą krajowym, do bronienia się przed którym zachęcają strażacy przy pomocy reklamowania specjalnych czujników. Wyobrażam sobie, że jeśli na koncertach zrealizowano by apel tego pana w średnim wieku i puszczono by więcej czadu, to frekwencja mogłaby się radykalnie zmniejszyć, albo sprawnie działające czujniki zdewaluowałyby wartość muzyczną wykonawców. Rzecz jasna wiem, że czad to tlenek węgla, trujący, bezwonny i bezbarwny. Ale najwyraźniej w pewnych kręgach jest pożądanym dodatkiem do koncertowej akustyki, co jest w zasadzie poza sferą moich doznań muzycznych. Ani na koncertach Rolling Stonesów, ani na występach Academy Saint Martin in the Fields, ani nawet na showach zespołu Trebunie-Tutki czadu na szczęście nie było, bo przeżyłem, choć niekiedy nie było łatwo.

Czad, jak wspomniałem, jest bezwonny, czego nie można powiedzieć o innych składnikach zapachowych, w znacznej mierze dominujących nie tylko na koncertach, ale także w środkach komunikacji miejskiej (także tej darmowej), aptekach z darmowymi lekami, szkołach i innych miejscach lokalnej i państwowej indoktrynacji. I tak doszliśmy do dalszej części piosenki o panu (chyba?), który (która?) jest lekiem na całe zło.

Pan (?) ten mianowicie sporo czyta, więc należy do mniejszości w naszym kraju, lecz lekturę uprawia w wannie, w której czytając traci wzrok. I tu, przyznaję się, mocno temu panu (?) zazdroszczę, bo od lat nie mam wanny i muszę tracić wzrok w inny sposób, co mi się oczywiście udaje, ale jest o wiele mniej przyjemne. Lektura w połączeniu z delikatnym masażem wodnym, może z podkładem akustycznym bez czadu, ale z elementami aromatoterapii była w dawniejszych czasach moją ulubioną rozrywką, której oddawałem się najchętniej jeszcze wtedy, gdy mieszkając w Warszawie miałem ciepłą wodę z elektrociepłowni za darmo. Gdy przeniosłem się w okolice bojlerowe, a zwłaszcza gdy zainstalowano liczniki ciepłej wody, sprawa zaczęła wyglądać trochę gorzej, a już zupełnie fatalnie zrobiło się, gdy wannę przymusowo mi zlikwidowano, zastępując ją prysznicem, co miało być dla mnie zbawienne ze względów zdrowotnych.

Prysznic ma, naturalnie, mnóstwo zalet, ale nie należy do nich możliwość łagodnego wypoczynku, aromatoterapii i wysłuchiwania – na przykład – ze trzech Koncertów Brandenburskich Bacha jako wyznacznika czasu kąpieli. No i spróbujcie czytać pod prysznicem.

A już szczególnie depresyjnie podziałała na mnie apostrofa Krystyny Prońko, ubolewającej nad tym, że jej lek na całe zło chodzi w tej samej kurtce szósty rok. Policzyłem, kiedy kupiłem swoją zimową kurtkę i wyszło mi siedemnaście lat. Co, oczywiście, dowodzi nie tylko mojego tradycjonalizmu, ale i tego, że kiedyś jakoś porządniej to wszystko było szyte. Być może zresztą grubymi nićmi. Albo – co nie jest wykluczone – nasz klimat istotnie się tak ocieplił, że z zimowej kurtki korzystam coraz rzadziej.

Jak ze wszystkiego, niestety.

pinkwart foto

Maciej Pinkwart, 27 listopada 2025

Ostatnie wpisy

Tylko prawda

19 maja, w 114 rocznicę śmierci Bolesława Prusa, w Domu Dziennikarza w Warszawie rozdane...

Nagroda IBISA! Rozpoczynamy nabór kandydatur!

Kto może wziąć udział? Dziennikarze, którzy w roku konkursowym nie ukończyli 28. roku życia i...

Role

Zupełnie nie pamiętam, jak prawie dokładnie 60 lat temu trafiłem do Teatru Małych Eksperymentów...

Barwa Życia

W piątek 8 maja w Domu Artysty Plastyka przy ulicy Mazowieckiej 11 A odbył...

więcej

Dodatkowy dyżur sekretariatu OW SDRP!

Szanowni Państwo, uprzejmie informujemy, że biuro oddziału Warszawskiego SDRP dodatkowo będzie czynne w dwa...

Czy Polska jest republiką?

Takie pytanie zadano posłowi i byłemu ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego z Lewicy, Dariuszowi...

Zaproszenie na galę Nagrody Boya

Zarząd Klubu Krytyki Teatralnej Stowarzyszenia Dziennikarzy RP/ polskiej sekcji IATC/AICT serdecznie zaprasza na uroczystość...